Dla wielu ambitnych kobiet najtrudniejszym elementem treningu wcale nie jest wysiłek fizyczny, ale te kilka minut ciszy na samym końcu. Moment, w którym ciało ma się zatrzymać, a umysł nagle zaczyna generować listę zadań i poczucie winy z powodu nicnierobienia. Dlaczego bezczynność bywa odbierana jako zagrożenie i co się dzieje z naszym sukcesem, gdy w końcu pozwolimy sobie na prawdziwą integrację doświadczeń zamiast ciągłego biegu?
„Ok, mogę ćwiczyć, ale na przerwę regeneracyjną szkoda mi czasu…”
To zdanie usłyszałam w gabinecie hipnozy, gdy moja Klientka pracowała nad nawykiem codziennych ćwiczeń dla zdrowia. Jako zapracowana mama i aktywna zawodowo kobieta, musiała wykazać się ogromną dyscypliną, by wcisnąć aktywność fizyczną w napięty grafik. Wybrała jogę. Każda sesja jogi kończy się savasaną, czyli asaną relaksu, popularnie nazywaną pozycją trupa. Choć z boku wygląda to na zwykłe leżenie na macie, dla wielu osób o wysokiej potrzebie sprawstwa jest to najbardziej wymagający element całej praktyki.
Moja Klientka rano musi wyekspediować dziecko do szkoły, ogarnąć dom i przygotować się do intensywnej pracy. Postanowiła wstawać znacznie wcześniej, żeby zacząć poranek od ćwiczeń wzmacniających kręgosłup. I to jej się udało. Sesja hipnozy pomogła jej wdrożyć nawyk regularnej praktyki, bez wymówek i szukania wykrętów. Dyscyplina nie była dla niej problemem – problemem była cisza.
Powiedziała mi wprost: leżenie w savasanie przez około pięć minut jest dla niej prawdziwą torturą. Kiedy ciało przestaje się ruszać, umysł wchodzi na najwyższe obroty. Znam to z własnego doświadczenia. Sama praktykuję jogę i przez długi czas też było mi żal tego czasu na koniec. Trudno było się relaksować, kiedy zamiast spokoju w głowie pojawiała się lista zakupów, projekty do domknięcia i narastający wewnętrzny pośpiech.
Doskonale ją rozumiałam, ponieważ sama zmiana nawyku – czyli zmuszenie się do wejścia na matę – to tylko połowa sukcesu. Tu potrzebna była głęboka praca na przekonaniach. Osobom zaangażowanym i odpowiedzialnym często znacznie łatwiej jest włączyć morderczy trening do swojego harmonogramu niż pozwolić sobie na pięć minut nicnierobienia. Dlaczego tak się dzieje?
Odpowiedź tkwi w tym, jak definiujemy swoją wartość. Ćwiczenie brzmi jak zadanie. Ma swój mierzalny cel: spalone kalorie, wzmocnione mięśnie, odhaczony punkt w planie dnia. Możemy poczuć satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. Relaks natomiast bywa podświadomie odbierany jako odpuszczenie, a nawet lenistwo. A przecież ambitne kobiety sukcesu z definicji nie odpuszczają. Dla wielu z nas stan bezczynności jest stanem zagrożenia, bo kiedy przestajemy biec, musimy w końcu usłyszeć własne myśli.
Puszczenie kontroli to trudna sztuka. Wymaga zgody na to, by na moment stać się bezbronnym, by pozwolić chwili trwać bez próby jej ulepszania. To proces dawania sobie pozwolenia na rozluźnienie, które nie musi być na niczym zarobione. Musimy nauczyć się na moment odłożyć wszystkie powinności i przestać myśleć o tym, co czeka na nas za rogiem.
W pracy z moją Klientką kluczowe okazało się jedno proste przeformułowanie, które zmieniło jej postrzeganie tej asany. Zrozumiałyśmy, że savasana nie jest po prostu odpoczynkiem po ćwiczeniach, żeby złapać oddech przed powrotem do obowiązków. To czas integracji. To najważniejszy moment całej praktyki, w którym ciało adaptuje wszystko, co wydarzyło się podczas ćwiczeń. To wtedy układ nerwowy przełącza się z trybu walki w tryb regeneracji, serce uspokaja rytm, a mózg zapisuje nowe zakresy ruchu i schematy napięć.
I nagle te pięć minut przestało być stratą czasu. Stało się kluczową częścią treningu, tak samo ważną jak najtrudniejsza pozycja wzmacniająca. Bez tego etapu trening byłby niepełny, a ciało nie dostałoby szansy na realną zmianę. To zrozumienie sprawiło, że opór zaczął znikać. Kiedy savasana zyskała cel – integrację – umysł Klientki w końcu dał jej „pozwolenie” na leżenie w bezruchu.
Dziś to moja Klientka jest dla mnie wzorem. Kiedy widzę w jej mediach społecznościowych efekty jej systematycznej pracy, czuję ogromną dumę. Widzę kobietę, która nie tylko wzmocniła swoje ciało, ale przede wszystkim oswoiła swój lęk przed ciszą. Przyznaję, czuję też lekkie ukłucie zazdrości, widząc, jak pięknie idzie jej ta sztuka odpuszczania. Chyba sama będę musiała wybrać się na sesję hipnozy, żeby raz na zawsze przestać spinać się samym faktem relaksowania.
A jak jest z Tobą? Czy w Twoim planie dnia jest miejsce na taką savasanę? Czy potrafisz odpoczywać spokojnie, bez wewnętrznej walki i natrętnego poczucia, że powinnaś już coś robić, gdzieś biec, kogoś ratować?
Umiejętność zatrzymania się w świecie, który nigdy nie zasypia, jest dzisiaj najwyższą formą luksusu i dbałości o siebie. Warto o nią zawalczyć, bo dopiero w ciszy i bezruchu odnajdujemy drogę z powrotem do własnego centrum.
Zapisz się już teraz nasz nowy warsztat!