Gabinet hipnozy

3 min. 30 sek. czytania

Sam sobie poradzę

Większość mężczyzn woli coaching od terapii czy hipnozy. Dlaczego? Bo coaching kojarzy się z narzędziami i strategią, a my lubimy wierzyć, że jesteśmy samonaprawialni. Problem pojawia się wtedy, gdy zaciskanie zębów przestaje działać, a ciało zaczyna wystawiać rachunek, którego nie da się spłacić nadgodzinami. O tym, jak tryb przetrwania niszczy relacje i efektywność lidera, oraz dlaczego czasem warto wejść głębiej, by odzyskać kontrolę nad własnym spokojem.

„Sam sobie poradzę z tym problemem.”

Ilu mężczyzn myśli dokładnie tak samo? W moim gabinecie hipnozy częściej goszczę kobiety niż mężczyzn. Ci drudzy, jeśli już szukają wsparcia, zazwyczaj wybierają coaching. Stoi za tym konkretne przekonanie: wierzą, że sami sobie wszystko poukładają, a do sukcesu potrzebują jedynie lepszych narzędzi, nowej strategii lub optymalizacji harmonogramu. Coaching wydaje się bezpieczny, logiczny i zadaniowy. Hipnoza natomiast kojarzy się z oddaniem kontroli, co dla wielu liderów jest barierą niemal nie do przejścia.

Pamiętam Pawła, prezesa dużej firmy, z którym pracowałam początkowo wyłącznie coachingowo. Miał konkretny cel: chciał uporządkować procesy decyzyjne i lepiej zarządzać komunikacją w rozrastającym się zespole. Na papierze wszystko wyglądało profesjonalnie.

Jednak kiedy poznaliśmy się bliżej, pod warstwą liczb i strategii wyłonił się obraz człowieka żyjącego w ekstremalnym napięciu. Ten silny, dynamiczny i przebojowy facet, postrzegany przez otoczenie jako uosobienie sukcesu, znajdował się na granicy wytrzymałości układu nerwowego. Stres był tak wszechobecny, że Paweł zaczął tracić kontakt z otoczeniem, a co gorsza – z samym sobą.

W pracy objawiało się to brakiem empatii i skracaniem dystansu. Kiedy podwładni zgłaszali problemy, Paweł ucinał dyskusję. Nie miał zasobów, by wysłuchać innych, ponieważ cały jego wewnętrzny procesor był zajęty obsługą własnego lęku. W domu bywał zamknięty i drażliwy. Obecny ciałem, ale nieobecny duchem. Problemy bliskich, ich emocje i prośby przelatywały przez niego jak przez sito.

Paweł wszedł w klasyczny tryb przetrwania. Robił wszystko, by nie utonąć w nawale spraw, a jedyną metodą, jaką znał, było „dokręcanie śruby”. Mimo że widział pogarszającą się jakość swojego życia, uparcie powtarzał, że jest samonaprawialny. Wierzył, że wystarczy zacisnąć zęby i przeczekać. Ta strategia nieraz dawała mu wyniki w przeszłości, więc stosował ją aż do granic autodestrukcji.

Na każdy sygnał ostrzegawczy wysyłany przez organizm miał racjonalne wytłumaczenie: Bruksizm i zniszczone szkliwo? Uznał to za drobną niedogodność stomatologiczną. Nocne wybudzanie się o trzeciej nad ranem z gonitwą myśli? Zrzucał to na wiek i metabolizm. Obniżony popęd i brak energii? Twierdził, że to przejściowy spadek formy. Nadmierna nerwowość? Rozważał ograniczenie kawy, zamiast przyjrzeć się źródłu lęku.

Radził sobie ze wszystkim, bo w jego wewnętrznym kodeksie nie było miejsca na słabość. Stanowisko, rola społeczna i oczekiwania otoczenia podpowiadały mu jedno: nie maż się, trzymaj pion. Kim byłby Paweł, gdyby nagle przyznał, że nie daje rady?

Kiedy po raz pierwszy zaproponowałam mu sesję hipnozy lub chociaż odsłuchanie transu relaksacyjnego, zareagował sceptycznie. Zaśmiał się, że nie wierzy w „takie rzeczy” i że jako człowiek twardo stąpający po ziemi potrzebuje faktów, a nie sugestii. Ale obiecał posłuchać, bardziej z uprzejmości niż z przekonania.

Kilka tygodni później wrócił z zupełnie inną energią. Zapytał wprost: „Czy możemy wejść głębiej z tą hipnozą?”. Zauważył coś, czego nie dał mu żaden arkusz w Excelu – poczuł realną zmianę w swoim układzie nerwowym. Zrozumiał, że samo czekanie na zmianę to nie strategia, to hazard własnym zdrowiem.

Po kilku miesiącach spotkałam go prywatnie. Prawie go nie poznałam. Nadal był tym samym skutecznym liderem, twardym na zewnątrz, ale jego twarz była inna. Spokojniejsza. Odzyskał zdolność słuchania i bycia obecnym. Jakby po długiej delegacji w świecie stresu w końcu wrócił do siebie.

Jeśli Ty również nosisz w sobie przekonanie, że musisz dać radę sam, chcę Ci powiedzieć jedno: samonaprawialność ma swoje granice. Nie musisz dławić stresu i brać go na przeczekanie, licząc, że organizm w końcu się podda. Możesz skorzystać z pomocy, która jest prosta, skuteczna i nie wymaga od Ciebie rezygnacji z siły.

Prawdziwa siła to umiejętność serwisowania własnego umysłu, zanim silnik ulegnie zatarciu. Zacznij od prostych technik, od autohipnozy, i zobacz, jak szybko może puścić ten węzeł napięcia, który od lat ściska Twoje ciało od środka.

odpuscic-kontrole

Proces pracy w hipnozie – krok po kroku

1. Wybór specjalisty
Sprawdzasz nasze doświadczenie i certyfikacje, poznajesz sposób pracy. Wybierasz tę z nas, do której poczujesz większe zaufanie i komfort.
2. Rozmowa wstępna
Doprecyzowujemy temat i cele, omawiamy przebieg pracy i odpowiadamy na pytania.
3. Decyzja o współpracy
Wspólnie ustalamy, czy ta metoda jest dla Ciebie i czy to dobry moment, żeby zacząć.
4. Konsultacja medyczna (jeśli potrzebna)
W szczególnych przypadkach prosimy o opinię lekarza, żeby zadbać o pełne bezpieczeństwo.
5. Ustalenie formy sesji
Spotkanie może odbyć się online lub w gabinecie, w zależności od Twoich preferencji.
6. Praca w trakcie sesji
Doprecyzowujemy temat i cele, omawiamy przebieg pracy i odpowiadamy na pytania.
7. Domknięcie i powrót do codzienności
Spokojnie wychodzisz z transu, podsumowujemy doświadczenia i dostajesz proste zalecenia na kolejne dni.
8. Kolejne kroki
Weryfikujemy efekty i ustalamy, czy potrzebne jest następne spotkanie.

Zapisz się już teraz nasz nowy warsztat!